środa, 25 maja 2016

łatwo być bohaterem.. czyli po długiej przerwie

Cześć :)

zacznę od końca, czyli trochę wcześniej od snu, i jeszcze od obrazu na ścianie.
Chodzi o to, że już mam meble. Mam gdzie usiąść, na czym spać, na czym herbatę postawić, gdzie galoty schować. No i mam też obraz na ścianie. Ciasno ale własno. I do tego jasno, bo ja monotonna jestem ogólnie, i nudnawa jako osobowość, i trochę niereformowalna, więc jak się okazało, że sama decyzje nie tylko "muszę" ale i "mogę" podejmować co do absolutnie każdej najmniejszej rzeczy w mojej osobistej przestrzeni, to wszystko w jasne kolory poszło. Tylko ten obraz, ciemnozielony, że jak się budzę, to tylko czekam, że mi jaka biedronka po nosie przedefiluje, albo łosiu rosochami trząchnie.
Pod tym obrazem sny dziwne się zaczęły. Czasem noce bez snu, czasem sny bez sensu, a czasem, jak ostatnio przy pełni, jakiś przodek mi coś opowiada, "Brześć" mówi, pytam potem mamę, ta nic nie wie. Ale przodek był i gadał. Więc jaką świeczkę przy oknie trza by zapalić, czy co.
Ale właściwie to mi o inne sny. Te w których Niagarka przychodziła. Albo Brylek. Ale głównie Niagarka. Bo ona pierwsza była. I najwięcej na sercu mi się wylegiwała. Wieczorami. Ciężko było w takich chwilach herbatę pić, bo strach było, że wrzątek kapnie, albo co najmniej po brodzie pocieknie, a  potem szyja klejąca... No więc śniła mi się kilka razy, sierść mięciutka, mruczenie ciche, ogon śmieszny wijący i żyjący własnym życiem, kocie włoski w buzi... No więc pomyślałam, że może już czas.
Mama wczoraj do mnie mówi: Ty się chyba nigdy nie zmienisz...
Chyba na pewno nie. Odpowiadam.

A jednak dużo łatwiej jest być bohaterem. Wyciągasz to małe, wylęknione, zaniedbane, porzucone, stęsknione, samotne... I dajesz wszystko, czego mu trzeba. Albo chociaż bierzesz małego, puchatego, niewinnego jak niezapisana kocia karta.
Trochę trudniej, gdy przyjeżdża do ciebie, wyjęte nagle ze swej bajki, ze swej rodziny, ze znajomego domu. I otwierasz drzwiczki transporterka na środku obcego pokoju. Pośród obcych zapachów, nieznanych kątów, cudzych zwyczajów, nieznajomych twarzy...

I co ja mam teraz zrobić? Usiąść obok niej, skulonej w kąciku, spojrzeć w przerażone, nic nie rozumiejące oczy, i co powiedzieć? Że jej rodzina się przeprowadza. Że muszą i wcale nie jest im łatwo. Że dwaj jej towarzysze będą przechodzić przez to samo, co ona...

Chyba tylko czas.
Kalinka przed chwilą przyszła do mnie i mówi: Tak samo było z Muszelką. A potem odpędzić się od niej nie można było.

House zamienił się w Home.
A Khaleesi, mam nadzieję, wkrótce się w naszym domu zadomowi. Mi też nie było łatwo na początku, a dziś proszę, łażę jak po swoim :)

Chcecie zdjęcia?

*Rummy, nasza rodzinna gra*

 *nie cierpię Chodakowskiej, terrorystka jedna...*
 *głóg na herbtkę*

 * w moim ogródecku*
 *wzgórza*

 *drzwi od tyłu*



*mamo, czy dobrze ubrałam chodaczki?
tak, kochanie, chodaczki są dobrze, tylko nóżki masz źle ubrane*

 *minimalizm*

*ziółkowo*


 *i wspomniany wcześniej obraz*


I koteczka... bo pewnie na nią czekacie najbardziej
8 miesięcy, cudnie zadbana, widać że wykochana...
Na dole kilka zdjęć z kocięctwa :)






Dziewczyny, trzymajcie za nas kciuki, bo ona kochana, stresuje się.
Trochę zjadła. Ale jeszcze od wczoraj wieczorem nie była w kuwecie i nie wydaje się, by chciała wychodzić z ukrycia..

Buziaki!

(ps. Iknwi :) teraz Twoja kolej!)





wtorek, 1 grudnia 2015

czy ktoś wie, co u Mamalinki?

tak napisała kochana Tempo Giusto i to mnie zmobilizowało do wejścia na moją planetę i napisania kilku słów.

Co u mnie?
Deszcz.
Ups.
Sorry.
Nie deszcz -

Rain ;)


Moja passa na spotykanie cudownych ludzi nie ma końca.
Od momentu podjęcia decyzji -wiecie- jakiej, wszystko idzie jakoś tak, tak jak ma iść. Nie żeby ciągle było różowo-cukierkowo. Ale - ciągle ktoś mi pomaga, ułatwia coś, podaje rękę, podpowiada... I to wszystko obcy niby ludzie.
Wiadomo, czasem bywa różnie, czasem sobie popłaczę, śnią mi się zwierzaki (ostatnio Niagarka 2 razy), tęsknię za moim biotopem.

Po "pracy" polegającej na zbieraniu ziółek i przerabianiu koziego mleka, wskoczyłam do bajki pod wdzięcznym tytułem "Praca w fabryce". Ale - czuję jak bardzo potrzebne mi to było jako doświadczenie. Wbrew pozorom.

Czasem, kiedy bezmyślnie tak zasuwam w tempie taśmy produkcyjnej, czuję się jak bohaterka filmu "Jupiter".



Tak?
Nie, nie, nie o te sceny mi chodziło.

O tę tu:
Tylko urodą daleko mi do Mily Kunis ;)

Bo w fabryce jestem zwykła, anonimowa. I to jest takie dla mnie dobre na teraz. Nie wyróżniam się, nie muszę. Nikt nie wie, że miałam kozy, konia, psy, koty, kury, las, ogród, grzyby, buraczki, maszynę do szycia, wosk pszczeli, malowane mebelki... kurcze, nie wiem nawet czy potrafię wyjaśnić, o co mi chodzi.
Po prostu jestem jednym malusim trybikiem.
Z tajemnym życiem wewnętrznym ;)


Ale żadna praca nie hańbi :)
Pracuję z fajnymi ludźmi. Atmosfera jest luźna. Dużo nie pogadamy, bo mamy zatyczki w uszach :) Ale każda przepracowana godzina przybliża mnie do przyjazdu moich dzieci i coraz mocniej stawia mnie na ziemi.

To chyba tyle.

Bo poza tym, to już tylko deszcz...


 A Wy jak się macie? Napiszcie koniecznie, bo już się pogubiłam w komentarzach w kurniku :( już dawno nie wchodziłam tam i zaległości przerosły moje moce przerobowe..
:)
Buziaki!


niedziela, 11 października 2015

nie będzie o kotach, ani o psach :) tylko na szybciutko o jednej chwili wyjętej z życia


Pakuję, pakuję swój dobytek, a końca nie widać. Ale ja nie o tym.

Zbiegi okoliczności stają się prozą mojego życia.

Wspaniali ludzie i cuda - normalnością.

Opowiem epizod z wczoraj, bo jest w sumie trochę śmieszny.

Wracałam z drobnych zakupów z Hajnówki, a że autobus miałam mieć dopiero za dwie godziny,
pomyślałam, że pójdę na stopa. Stanęłam więc na wylocie z miasta, gdzie droga prowadzi prosto do naszej wsi, mijając po drodze 4 inne wioski. Ale autostop - wiadomo - bywa ryzykowny.
Szybciutko w głowie ułożyła mi się zacna pieśń, a że nikogo wokół mnie tylko te sosny strzeliste przy drodze, więc melodia przeniosła mnie się na usty o sile dźwięku ppp czyli piano pianissimo possibile.
A słowa jej brzmiały:
"Przyprowadź mi człowieka dobrego,
takiego co, do domu zaprowadzi mnie.
Przyprowadź mi człowieka takiego,
który bezpiecznie do domu zabierze mnie."

I tak w kółko.
Jednak jako że umysł mój kreatywny powtórek takich na dłuższą metę nie lubi, nim się obejrzałam, nuciłam już drugą zwrotkę o podobnej choć nieco innej linii melodycznej:

"Przyprowadź mi człowieka takiego,
co pod koszulą skrzydła swoje nosi.
Przyprowadź mi człowieka pomocnego,
takiego co miłość twoją głosi."

Ale pojechałaś z tym tekstem! myślę sama do siebie.

Ale pieśn-zaklęcie zadziałała błyskawicznie, bo po kilku krótkich minutach zatrzymał się biały samochód.
Podchodzę, otwieram drzwi, by upewnić się, że mi i kierowcy dziś po drodze i... uśmiecham się szczerze od stóp po czubek mojej blond czupryny.

Za kierownicą siedzi ksiądz.

Kurtyna. 
 

wtorek, 30 czerwca 2015

Błyskotka czyli Błyskotek

Edit:  po tylu miesiącach zwracam wreszcie temu kotu jego męską godność :) Przecież od dawna wszyscy wiemy, że to Błyskotek :) 

 
Jechał dziś jakiś burak tą naszą jedną jedyną ulicą, przystanął swym autem jakieś 5 m od mojej bramki, wywalił na drogę takie małe coś i pojechał.
I małe coś zaczęło piszczeć.
Sąsiadka się zlitowała, sąsiad wkurzył, bo lubi zwierzęta, a nie lubi takich buraków, co maluchy wywalają nie myśląc, co się z nimi dalej stanie. I na to wszystko ja weszłam, jak zwykle normalnie. Akurat wracałam od mojego licznego stada, co by ich napoić, gdzie się pasły na niezamieszkanym sąsiedzkim podwórku jakieś 10 metrów od domu w drugą stronę, no więc zachodzę pod dom i widzę poruszenie, konsternację i sąsiedzki wqrf w jednym. No i to małe widzę też.
Małe, rude, przykurzone, a oczy ma wielkie jak nie wiem co, pełne niepokoju.

I tak właśnie trafiła dziś do nas Błyskotka.

Jeśliby znalazła się osoba, która chciałaby temu maleństwu dom dać - to proszę o kontakt.
Aczkolwiek bez wielkiego przekonania to mówię, bo moje dzieci zakochane i przekonane od pierwszej sekundy, że to ICH kitka.
Alcia już od miesięcy mi gadała, że ona chce koniecznie małą i koniecznie RUDĄ kicię. Skąd jej do głowy to przyszło?? Dziwny zbieg okoliczności...

Błyskotka w obiektywie - wieczorem, ale mimo braku dobrego oświetlenia słodycz aż się leje ze zdjęć. Sami zobaczcie:





 








I co robić?

czwartek, 11 czerwca 2015

krótko, zwięźle i w obrazkach

Robię sery. Ciężko sfotografować choćby jeden. Na ten przykład ostatni. Przepadł, no przepadł. Nie wiem, jak, kto, kiedy i gdzie... :)
Zostały tylko okruszki...

Brylant.. tuż przed opadnięciem wieczornej mgły.

Dzieci z Bullerbyn... współcześnie :)
(gumofilce przyszły same, może miały ochotę na omlet i mus aroniowy)

A w temacie dzieci... ehhh.. "Mamoooo, mamy nową przyjacióóóóółkęęę!"
Wiejskie dzieci, no cóż.
(przyjaciółka przy najbliższej okazji czmychnęła pod wiatę z drewnem w akompaniamencie mojego odetchnięcia. Nie boję się myszy -swego czasu miałam w domu szczury domowe, ale byłam jej wdzięczna, że nie zaprzyjaźniła się z moimi dziewczynkami na tyle, by zamieszkać w domu. A cztery małe rączki zostały porządnie mydłem wyszorowane. Niemniej jednak przygoda była.)

Zbieram zioła. Tu znalazłam przetacznik leśny.





A tu już w mojej kuchni :))

Zapiecek wygląda podobnie.

Zabrakło zdjęć kózelek. Nadrobię to, aj promys :)

Pozdrawiam słonecznie.